środa, 2 lipca 2014

Sycylijskie przemyślenia

Pamiętam, że od zawsze (do momentu wyjazdu na wyspę), już jako mała dziewczynka, gdy słyszałam słowo "Włochy" to w głowie pojawiały się typowe obrazy t.j.: słońce, morze, luksus, pizza. Gdy jednak padało słowo "Sycylia" to pierwsze skojarzenie było bardziej bliskie czemuś egzotycznemu i niebezpiecznemu.
Nie wiem dlaczego tak było, a u co poniektórych jest tak do tej pory. Nie zastanawiamy się jak żyją ludzie na tym skrawku lądu, który teoretycznie należy do Włoch i jest regionem autonomicznym. Nie myślimy, czy są inni od nas, czy ich mentalność jest inna od naszej. Większość ludzi uznaje ich za nierobów i mafiosów, którzy cały dzień siedzą w barze pijąc 10-te z kolei espresso.
Nie wiemy, a może i nie chcemy wiedzieć, że dialekt sycylijski ma kilkanaście swoich "poddialektów" (dialekt catanese różni się od siracusano, ten z kolei od ragusano i ennese, a ennese ma się nijak do palermitano, messinese i trapanese itd, itp); że już w czerwcu temperatury dochodzą do 40stC, czy że aż do lat 50-60 XX wieku ponad 80% sycylijczyków nie umiało czytać i pisać.
Tak sobie myślę, że czasami trzeba zagłębić się w kulturę i historię danego kraju (w tym wypadku chodzi mi Sycylię), żeby zacząć rozumieć. Rozumieć ludzi i ich życie, rozumieć kulturę, cywilizację i jej rozwój, rozumieć kuchnię. Rozumieć po prostu... i zacząć doceniać to, co się ma i gdzie się żyje.
Bo mimo, że kocham Sycylię i jej mieszkańców, to mieszkanie na wyspie nauczyło mnie przede wszystkim trzech najważniejszych rzeczy: szacunku, pokory i nieoceniania ludzi po pozorach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz